Gospodarka Morska Portal branżowy

Wiadomości Oko w oko z kapitanem Tomaszem Cichockim (wywiad)

opublikowano: 25.03.2020
autor: ew/pya.org.pl

Udostępnij:

Facebook Twitter Google Email
powrót do listy

Co ma wspólnego samotna żegluga z okresem kwarantanny? Jak sobie radzić z samotnością? Jak żyć na ograniczonej przestrzeni? O to pytamy polskich żeglarzy oceanicznych. Na pierwszy ogień, kapitan Tomasz Cichocki, który w 2012 roku, po 312 dniach żeglugi ukończył samotny, okołoziemski rejs.

Człowiek z natury jest istotą społeczną. Jak rodzi się decyzja o samotnym rejsie?

Przede wszystkim twierdzenie, że człowiek jest istotą społeczną to uproszczenie, o ile nie schematyzm myślowy. Są naturalnie tacy, którzy znakomicie czują się w tłumie, ale też i ludzie, którzy cenią sobie samotność. Ja należę do tych drugich, choć przyznaję, że po wielu dniach na oceanie moje odosobnienie zaczyna mi mocno ciążyć. Decyzja o samotnym rejsie naturalnie nie ma nic wspólnego z samotnością. Jest to wyzwanie, jakiego podejmujemy się kompletnie nie mając świadomości o istnieniu zagrożeń płynących chociażby z odosobnienia i wielu dni braku kontaktu z ludźmi.

Na pewno zdarzają się kryzysy pogodowe, techniczne, ale czy zdarzają się kryzysy mentalne w samotnym rejsie?

Prawdę mówiąc, cały rejs to jeden wielki kryzys mentalny. Odosobnienie, ciągłe usterki sprzętu, ale przede wszystkim brak snu. W długich, samotnych rejsach śpi się w interwale - 25 minut snu, 25 minut czuwania i tak w kółko. Taki układ powoduje ciągłe otumanienie. Jeśli doliczyć do tego wilgotność i niskie temperatury, to wszystko razem powoduje, że stan psychiczny jest dość opłakany. Naturalnie, nie jest to stan permanentny i zależy od wielu czynników jak, chociażby występowanie lub brak dni słonecznych.

Jak sobie z nimi radziłeś? Czy są techniki, które można wykorzystać?

Myślę, że nie ma uniwersalnej rady i każdy musi sobie radzić na swój sposób. Osobiście nie znam żadnych technik, które można zastosować w tak ekstremalnych sytuacjach. Są natomiast pewne drogi ucieczki, czy jak kto woli zapomnienia. Dla mnie były to książki. Zabrałem ich spory zapas i okazało się to błogosławieństwem w chwilach rozpaczy, a tych, proszę mi wierzyć, podczas rejsu nie brakowało.

Choć rejs jest wymagający fizycznie, na pewno w większości czasu się siedzi. Czy nie cierpi na tym ogólna kondycja ciała? Jaką masz radę dla osób, które też teraz są skazane głównie na siedzenie?


Widziałem na wielkich jachtach rowerki do ćwiczeń, a nawet całe siłownie. Na niewielkich jednostkach żaglowych nie ma miejsca na takie ekstrasy. Spacery na dziób to też nie jest najlepszy pomysł. Prawdę mówiąc nie ma dobrej rady. Ja po powrocie z rejsu miałem zanik mięśni nóg i dochodziłem do formy przez osiem miesięcy. Innymi słowy brak pomysłu.

Jak racjonalizować zapasy żywności i uniknąć zaopatrywania się ponad miarę, aby nie musieć wyrzucać przeterminowanej żywności?


Wszystkie pomysły dotyczące doboru produktów i ilości na rejs to prawdę mówiąc trochę wróżenie z fusów. Brak punktów odniesienia. Jeśli ktoś kilka lat przede mną płynął w długi rejs, to od tamtej pory w temacie produktowym sporo się zmieniło. Co prawda, niemal wszystkie produkty mają dość długie terminy przydatności i większość z nich występuje w formie proszku, jak mleko jajka, drożdże, itd., ale dobór ilości niezbędnych do rejsu to nadal magia. Osobiście jestem zdania, że lepiej zabrać za wiele niż za mało. Przekonałem się o tym, kiedy podczas wywrotki na Oceanie Indyjskim straciłem sporo zapasów i tylko nadmiar produktów pozwolił mi ukończyć rejs.

 

źródło: PZŻ


powrót do listy
Pełna wersja strony