Gospodarka Morska Portal branżowy

Wiadomości Ciężki sztorm na 85. południku. Bezpośrednia relacja z pokładu jachtu Katharsis II

opublikowano: 16.01.2018
autor: Mariusz Koper/antarcticcircle60s.pl

Udostępnij:

Facebook Twitter Google Email
powrót do listy

Granice antarktycznego Morza Davisa wyznaczają dwa lodowce szelfowe: Zachodni Lodowiec Szelfowy na zachodzie i Lodowiec Szelfowy Shackletona na wschodzie. Z obu wychodził pak lodowy, sięgający 63. równoleżnika szerokości geograficznej S.. Zbliżaliśmy się powoli do pierwszego z nich w zanikającym wietrze. Zbliżaliśmy się do 64. równoleżnika i noce były już białe. Dookoła pojawiało się coraz więcej gór lodowych. Nie wywoływały w nas niepokoju, gdyż z łatwością je omijaliśmy.

Muszę przyznać, że miałem dużą obawę przed zbliżającym się głębokim niżem. Większość niżów krążących wokół Antarktydy nie dociera do jej brzegów, odbijając się od wyżu zalegającego nad kontynentem. Ten, który wzbudził moje obawy, spadał z dużą prędkością z nad Wyspy Kerguelena, a w jego środku panowało ciśnienie zaledwie 930 hPa. Tak niskie ciśnienie to nie żarty. Prognoza przewidywała wiatry wiejące z prędkością 55 węzłów oraz wywołujące fale do 15 metrów. Jednak z doświadczenia wiem, że wiatr z reguły bywa większy od prognozowanego, a w porywach potrafi wiać z prędkością większą nawet o 40%. My mieliśmy znaleźć się w dolnej połówce niżu, z wiatrem słabszym, ale ciągle powyżej 40 węzłów, wiejącym z kierunku dokładnie przeciwnego do naszego kursu. Mniej wiatru, a co za tym idzie, mniejsze zafalowanie miało być w pobliżu samego kontynentu.

Ostatni taki ciężki sztorm z wiatrem z przeciwnego kierunku przeżyliśmy u wejścia do Zatoki Wielorybiej na antarktycznym Morzu Rossa w 2015 roku. Wtedy główne uderzenie ustąpiło po 12 godzinach. Teraz musieliśmy liczyć się z 48 godzinami walki. To nie jest najlepsza perspektywa – spędzenie dwóch dni w sztormie w okolicach rozległego paku lodowego. Na zdjęciach satelitarnych widać było szerokie na kilka mil przejście w paku w kierunku Morza Davisa. Kusiło mnie, by tam popłynąć, przedostać się na Morze Davisa i mieć kilkanaście godzin na oddalenie się od lodu i przygotowanie do sztormowania. Pak z Zachodniego Szelfu Lodowego pokazał się przed dziobem Katharsis II tuż po północy w czwartek 11 stycznia. Obserwując jego wnętrze widzieliśmy nawarstwioną krę i zaparkowane w nim góry lodowe. Wydawał się być nie do przebycia. Nie mogliśmy dostrzec ani śladu wolnej od lodu wody.

Mapy lodowe pokazują zawsze historię z poprzedniego dnia. Trzeba przeanalizować serię z kilku kolejnych dni, by samemu przewidzieć to, co możemy zastać. Na zdjęciach był widoczny zwężający się przesmyk i jednocześnie rozmywający w kierunku północnym – pak lodowy. Miałem nadzieję, że istnieje szansa, że znajdziemy przejście nieco dalej na północ. Na szczęście słaby wiatr pozwolił nam bez większych problemów płynąć wzdłuż krawędzi lodu. Jedną z cech lodu jest to, że trzyma się razem. Dopiero silne prądy lub wiatry potrafią rozbić taką lodową konstrukcję. Teraz w otaczającym nas morzu brak silnych wiatrów scalił pak w jedną długą mierzeję. Po kilku godzinach znaleźliśmy wolną od kry wodę. Wpłynęliśmy tam, ale po czterech godzinach zorientowaliśmy się, że znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Musieliśmy wycofać się. Dalsze poszukiwania przesmyku nie miały już sensu. Zawróciliśmy i pożeglowaliśmy na północ szukając krańca paku lodowego. Jego kraniec był oddalony aż o 30 mil od tego, co pokazywały zdjęcia satelitarne.

Do skraju paku lodowego dopłynęliśmy tuż przed północą. Wiatr stężał już na tyle, że konieczne było zredukowanie powierzchni grota do czwartego refu i przygotowanie się do sztormowania. Refując grota zauważyliśmy spory wyciek płynu hydraulicznego z obciągacza bomu. Tężejący wiatr i pogarszające się warunki pogodowe nie pozwoliły już na znalezienie przyczyny wycieku. Decyzja była jedna: całkowite zrzucenie głównego żagla i dalsza żegluga na samym przednim sztakslu.

Nasz przedni żagiel całkiem nieźle radził sobie z coraz silniejszym wiatrem i szybko narastającymi falami. Płynęliśmy na północ bardzo ostro pod wiatr. Coraz większe fale nie pozwalały płynąć powyżej 4 węzłów. By utrzymać kurs na watr musieliśmy mieć ster wychylony całkowicie na prawą burtę. Wyraźnie brakowało nam grota. Z drugiej strony, trudno sobie wyobrazić płynięcie w takich warunkach z prędkością powyżej 5 węzłów. Większa prędkość groziłaby gwałtownym spadaniem w otchłań rosnących z każdą godziną fal.

Wiatr zacinał śniegiem dotkliwie smagając twarze załogi pracującej na pokładzie.  Pomimo gogli i kominiarek dotkliwe zimno dopadało każdego. Cierpły od chłodu dłonie. W takich warunkach tylko gumowe rękawice nie przepuszczają wilgoci. Sztormiaki zostały zastąpione przez jednoczęściowe kombinezony (żółte Musto), które na szczęście skutecznie chroniły przed falami przelewającymi się przez pokład.

Dookoła jachtu pojawiło się sporo gór lodowych i okruchów lodu. Wszystko trzeba było wypatrywać i omijać. Sztormowy wiatr spychał jacht w bok i utrudniał manewry dodając do naszego kursu ponad 30 stopni dryfu.

Po dwunastu godzinach wyczerpującej żeglugi w zupełnie niekorzystnym kierunku zdecydowaliśmy się na zwrot. Jednak potęgujący się duży boczny dryf spowodował, że po zwrocie zaczęliśmy się cofać. W ten sposób po kolejnych dwunastu godzinach znaleźliśmy się prawie na pozycji sprzed doby w okolicy, gdzie rozpoczęliśmy sztormowanie. Ale teraz byliśmy przesunięci o kilkanaście mil na zachód. O tyle przesunął się też pak lodowy. Znaleźliśmy się w jego cieniu, otoczeni dużą ilością lodowego gruzu. Tak olbrzymia ilość lodu spowodowała wygładzenie się morza. Okazało się, że jest to najlepsze miejsce na przeczekanie drugiej doby sztormu. Dryfowaliśmy w cieniu paku lodowego, na względnie wygładzonym morzu, ale w dalszym ciągu w sztormowym wietrze. Cały czas musieliśmy korygować położenie jachtu względem otaczającego lodu, ale okazało się to nie aż takie trudne. Będąc w tym miejscu czuliśmy się całkiem bezpieczni, mimo że kilkakrotnie, niegroźnie otarliśmy się o przepływające kry.

W bezpieczniejszych warunkach, korzystając z wygładzonej powierzchni otaczającego lodowego morza – załoga znalazła czas na sen i regenerację sił. W takich warunkach udało się powrócić do sprawdzenia obciągacza bomu grota. Bez tej naprawy moglibyśmy mieć duży problem w używaniu naszego głównego żagla. Po kilku godzinach awaria hydrauliki została usunięta. Jacht powrócił do 100% sprawności.

Po 18 godzinach sztormowania w cieniu paku lodowego wiatr zelżał do 30 węzłów. W sobotnie popołudnie (13 stycznia) podnieśliśmy grot na trzecim refie i wróciliśmy do żeglugi – już w pożądanym kierunku. Po prawie trzech dobach od dopłynięcia do Zachodniego Lodowca Szelfowego po raz kolejny przekroczyliśmy 85. południk. Tym razem mogliśmy go na dobre zostawić za rufą i wpłynąć na kolejne antarktyczne morze – Morze Davisa.

Pozdrawiam wszystkich z pokładu Katharsis II żeglującej ponownie na wschód.

– Mariusz Koper


powrót do listy
Pełna wersja strony